W dniu urodzin zadałam sobie pytanie: dwudzieste czwarte czy czterdzieste drugie? Zdecydowanie wybieram
swój obecny stan
licznika. Porównując się dziś, do tej z przeszłości, nie mam żadnych wątpliwości.
Właściwie nigdy
specjalnej wagi do urodzin nie przywiązywałam. Stresowały mnie tylko tzw.
grube kreski. W jakiś irracjonalny
sposób stanowiły przejście do zupełnie innego wymiaru.
Muszę przyznać, że coś w tym jest. Lata
pomiędzy dziesiątkami oceniam jak
spokojny dryft, bez stresu i bez patrzenia na liczbę.
Czterdziestka była
dla mnie najbardziej wyjątkowa.
To prawdziwa gruba krecha i jeśli
ktoś nie jest na
to gotowy, może
odczuć frustracje.
Ja czułam
ciekawość i
nadzieje. Po latach walki z samą
sobą mogę wreszcie powiedzieć - jestem tu i teraz
i lubię siebie.
Okazuje się,
że to co pewnie
wielu uzna za banał,
to prawdziwy sens życia.
Polubić siebie
tak naprawdę, do
końca, powinno
być naszym celem
od najmłodszych
lat. Szczególnie
dotyczy to kobiet. Mamy w sobie jakiś
szczególny
brak wiary we własne
siły.
Potwierdzenia własnej
wartości szukamy
na zewnątrz, a
tam różnie bywa.
Jeśli odbijemy
się w niewłaściwym lustrze, obraz
skrzywi się na
lata i będziemy
cierpieć.
Dlatego najlepszym sposobem jest przyglądanie
się sobie własnymi oczami.
Brak pewności
siebie dotyka nas często
na różnych
obszarach. Chyba najczęściej
dotyka nas brak akceptacji swojego wyglądu.
Ileż to
lat walczyłam z
tym jak wyglądam.
I wcale nie chodziło
o jakieś drobiazgi,
które można ewentualnie łatwo zmienić. Nie, nie, mi nie
podobała się całość. Często wyobrażałam sobie, że jestem kimś kompletnie innym,
zupełnie inaczej
wyglądam i ze
swojej obecnej fizyczności
nie zabieram dalej nic. Przy takim podejściu
o żadnej, nawet
najmniejszej akceptacji nie mogło
być mowy. Nie
mogło też być mowy o byciu szczęśliwym. Otoczenie mogło dwoić się i troić, chwaląc i komplementując. Łatwiej było uwierzyć w złośliwą krytykę. To właśnie ona pasowała do tego, co sama o
sobie myślałam.
Któregoś dnia, kiedy przeglądałam swoje stare zdjęcia, stwierdziłam ze zdziwieniem, że podobam się
sobie na jednym z nich. Przypomniałam sobie ten moment i swoje odczucia.
Wiedziałam, że wtedy, gdy je wykonano, byłam
z siebie bardzo nie zadowolona.
Takich chwil zdarzyło
mi się w życiu więcej. Zaczęłam to rejestrować i zastanawiać się nad tym. Zrozumiałam, że ja to ja, tylko w
chwili w której żyje, nie umiem siebie
zaakceptować, a później
sięgam do zdjęć z tego okresu i
okazuje się, że się sobie podobam.
Sposobem, jaki na to znalazłam
było oddawanie
się częściej w objęcia obiektywu. Im częściej oglądałam swoje zdjęcia tym mocniej
poznawałam swój wygląd, a nie tylko własne przekonania na
jego temat. Początki
budziły opór, jednak rozwój polega na
wychodzeniu ze swojej strefy komfortu. I chociaż
to boli, przynosi efekty.
A efekt jest taki, że
dziś mogę ze spokojem wyjść na ulice bez lęku. Wiem jak wyglądam, lubię to jak wyglądam i nie muszę utwierdzać się w oku każdego przechodnia. Co
za luz, co za ulga. Spróbujcie,
nie traćcie
kolejnych lat życia
na niezadowolenie. A za tym luzem i zadowoleniem idą kolejne dobre rzeczy, bo ta akceptacja
wyglądu pociąga za sobą akceptacje siebie.
Siebie jako osoby.
Dlatego tak sobie cenię
wiek w którym
jestem, bo dał mi
tyle swobody i wolności
w działaniu. Nie
muszę już oglądać się na innych, szukać w nich poparcia dla
każdego pomysłu. Nie jestem też
swoim surowym sędzia.
Mogę być dla siebie równie dobra i
wyrozumiała, jak
dla innych. Mogę być dla innych bardziej
wyrozumiała niż dotąd, bo ogólnie jestem łagodniejsza i mam większy dystans do wszystkiego.
Polecam zatem wszystkim, żeby
tak całkiem szczerze
pomyśleli o
sobie w dobry i ciepły
sposób, żeby prawdziwie
polubili to kim są,
uśmiechnęli się do siebie i
zobaczyli ile uśmiechu
dostaną od świata w zamian.
Bo świat
jest jaki jest, inna kwestia to jak go widzimy... I jak widzimy siebie :)
fot. Kasia Stawarz

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz