niedziela, 22 listopada 2015

Na skraju

Chciałabym być zbilansowaną formą szaleństwa i normalności, z których jestem zbudowana. Nic z tego. Szalki wychylają się ciągle w jedną lub drugą stronę.
Balansuję między nudą a adrenaliną, która zżera moje wnętrzności niczym trucizna. Świat zmienia się: raz stoi otworem i kusi możliwościami, raz zamyka mnie w betonowych ścianach samotności, odbierając chęci do życia. Zazdroszczę innym zrównoważonych reakcji, emocji odpowiednich do przyczyny, wyważonej ekscytacji chwilą, zdarzeniem, przeżyciem.
To co widzę, czuję, czego doświadczam... Czasem wcale się nie wydarza. Nagle wzbiera we mnie fala, poddaję się jej, chociaż nie wiem skąd przypłynęła. Nie dzielę tego z nikim, wszystko toczy się w moim wnętrzu. Bodźce pochodzą ze środka, bodźce dopadają z zewnątrz. Tylko reakcja pozostaje niewiadomą.
Chciałabym być zbilansowaną formą szaleństwa i normalności, z których jestem zbudowana. Mieć nad nimi jakąś władzę. A jednak bez znaczenia, po której stronie świadomości dziś się obudzę, nie wybrałam sobie tego sama.


wtorek, 24 lutego 2015

Podróż przez dziesięciolecia


W dniu urodzin zadałam sobie pytanie: dwudzieste czwarte czy czterdzieste drugie? Zdecydowanie wybieram swój obecny stan licznika. Porównując się dziś, do tej z przeszłości, nie mam żadnych wątpliwości.
Właściwie nigdy specjalnej wagi do urodzin nie przywiązywałam. Stresowały mnie tylko tzw. grube kreski. W jakiś irracjonalny sposób stanowiły przejście do zupełnie innego wymiaru. Muszę przyznać, że coś w tym jest. Lata pomiędzy dziesiątkami oceniam jak spokojny dryft, bez stresu i bez patrzenia na liczbę.
Czterdziestka była dla mnie najbardziej wyjątkowa. To prawdziwa gruba krecha i jeśli ktoś nie jest na to gotowy, może odczuć frustracje. Ja czułam ciekawość i nadzieje. Po latach walki z samą sobą mogę wreszcie powiedzieć - jestem tu i teraz i lubię siebie.
Okazuje się, że to co pewnie wielu uzna za banał, to prawdziwy sens życia. Polubić siebie tak naprawdę, do końca, powinno być naszym celem od najmłodszych lat. Szczególnie dotyczy to kobiet. Mamy w sobie jakiś szczególny brak wiary we własne siły. Potwierdzenia własnej wartości szukamy na zewnątrz, a tam różnie bywa. Jeśli odbijemy się w niewłaściwym lustrze, obraz skrzywi się na lata i będziemy cierpieć. Dlatego najlepszym sposobem jest przyglądanie się sobie własnymi oczami.
Brak pewności siebie dotyka nas często na różnych obszarach. Chyba najczęściej dotyka nas brak akceptacji swojego wyglądu.
Ileż to lat walczyłam z tym jak wyglądam. I wcale nie chodziło o jakieś drobiazgi, które można ewentualnie łatwo zmienić. Nie, nie, mi nie podobała się całość. Często wyobrażałam sobie, że jestem kimś kompletnie innym, zupełnie inaczej wyglądam i ze swojej obecnej fizyczności nie zabieram dalej nic. Przy takim podejściu o żadnej, nawet najmniejszej akceptacji nie mogło być mowy. Nie mogło też być mowy o byciu szczęśliwym. Otoczenie mogło dwoić się i troić, chwaląc i komplementując. Łatwiej było uwierzyć w złośliwą krytykę. To właśnie ona pasowała do tego, co sama o sobie myślałam.
Któregoś dnia, kiedy przeglądałam swoje stare zdjęcia, stwierdziłam ze zdziwieniem, że podobam się sobie na jednym z nich. Przypomniałam sobie ten moment i swoje odczucia. Wiedziałam, że wtedy, gdy je wykonano, byłam z siebie bardzo nie zadowolona.
Takich chwil zdarzyło mi się w życiu więcej. Zaczęłam to rejestrować i zastanawiać się nad tym. Zrozumiałam, że ja to ja, tylko w chwili w której żyje, nie umiem siebie zaakceptować, a później sięgam do zdjęć z tego okresu i okazuje się, że się sobie podobam.
Sposobem, jaki na to znalazłam było oddawanie się częściej w objęcia obiektywu. Im częściej oglądałam swoje zdjęcia tym mocniej poznawałam swój wygląd, a nie tylko własne przekonania na jego temat. Początki budziły opór, jednak rozwój polega na wychodzeniu ze swojej strefy komfortu. I chociaż to boli, przynosi efekty.
A efekt jest taki, że dziś mogę ze spokojem wyjść na ulice bez lęku. Wiem jak wyglądam, lubię to jak wyglądam i nie muszę utwierdzać się w oku każdego przechodnia. Co za luz, co za ulga. Spróbujcie, nie traćcie kolejnych lat życia na niezadowolenie. A za tym luzem i zadowoleniem idą kolejne dobre rzeczy, bo ta akceptacja wyglądu pociąga za sobą akceptacje siebie. Siebie jako osoby.
Dlatego tak sobie cenię wiek w którym jestem, bo dał mi tyle swobody i wolności w działaniu. Nie muszę już oglądać się na innych, szukać w nich poparcia dla każdego pomysłu. Nie jestem też swoim surowym sędzia. Mogę być dla siebie równie dobra i wyrozumiała, jak dla innych. Mogę być dla innych bardziej wyrozumiała niż dotąd, bo ogólnie jestem łagodniejsza i mam większy dystans do wszystkiego.
Polecam zatem wszystkim, żeby tak całkiem szczerze pomyśleli o sobie w dobry i ciepły sposób, żeby prawdziwie polubili to kim są, uśmiechnęli się do siebie i zobaczyli ile uśmiechu dostaną od świata w zamian.

Bo świat jest jaki jest, inna kwestia to jak go widzimy... I jak widzimy siebie :)

                             fot. Kasia Stawarz