środa, 21 maja 2014

Pole

Pole jest po drugiej stronie drogi. Zwykłej, nawet niezbyt dziurawej krajówki. Pole to wybawienie. Każdego dnia idziemy tam z psem, żeby poczuć, że żyjemy. Ten sposób należy do psiego świata, ale pożyczyłam go, kiedy ludzki świat przestał wyglądać zgodnie z tym wszystkim, czego mnie zawsze uczono.
I tak sobie trwałyśmy na tym polu. Przechodziły pory roku, zmieniała się pogoda, zboże rosło i dojrzewało. Natura działała jak trzeba, czułam normalność i spokój płynące z tego niezachwianego porządku.
Częściej jednak niż na polu przebywałam w szarej rzeczywistości. Coraz dziwniejszej i bardziej przytłaczającej. Tu nie działały żadne znane mi reguły. Nie było harmonii dającej wytchnienie. Ludzie nie byli ludzcy, praca nie dawała satysfakcji, życie nie dawało żyć, a słowo sprawiedliwość okazało się być tylko pustym frazesem.
I nagle stało się najgorsze. W obraz pola zaczęły wkradać się elementy niepokojące. Pierwszy człowiek po prostu szybko minął mnie obrzucając złym wzrokiem. Pomyślałam, że to przecież normalne, tędy też mogą czasem przechodzić ludzie, zmierzający swoją drogą do celu. Ale potem na skrajach polnych ścieżek pojawili się kolejni. Stali parami bez celu. Udawali, że rozmawiają, gestykulowali rękami, kiedy na nich patrzyłam, ale zaraz potem zastygali w bezruchu. Aż któegoś dnia wyjście z pola zagrodził mi kolejny człowiek. Z dystansu ocenił, którą ścieżką zamierzam wracać i ustawił się na jej końcu czekając. Nie chcąc go mijać skręciłam w kolejną ścieżkę, ale on nagle obudzony ze swojego letargu ruszył ku mojej nowej opcji ratunku.
Nie miałam wyjścia, musiałam go minąć. Mówił coś, ale nie rozumiałam o co mu chodzi. Wiedziałam tylko, że ostatni bastion został zaatakowany. Nie było ucieczki. Szaleństwo świata dotarło tutaj wraz ze mną.